Park Kościuszki to bardzo fajne miejsce. Ktoś wpadł na pomysł, aby w środku miasta wyczarować zielone płuca. Ten Park ma jeszcze jedną wielką zaletę. Nie jest tak tłoczny jak chorzowski. Park powitał nas soczystą zielenią, pięknymi kolorowymi kwiatami i maleńkimi nieporadnymi żabkami.
Trzeba było cały czas patrzeć pod nogi, aby jakiejś nie zdeptać.
Kiedy już zrobiliśmy serię „obowiązkowych zdjęć”, na których można spokojnie dostrzec uczucie jakie emanuje od młodych skupiliśmy się chwilę na zastanym zwierzyńcu.
Magda mimo początkowej niechęci postanowiła popatrzeć im prosto w oczy













Ulica artylerzystów, fizylierów, kadetów, wopistów!!! O rany, co za dzielnica! Na szczęście na podwórkach przed domami królowały standardowe rabatki, nikt nie wystawił armaty.
W domu Ani przywitała nas spokojna atmosfera i sympatyczni domownicy. Zdjęcia z przygotowań wyszły świetnie, zwłaszcza dzięki przychylności Panny Młodej, jej rodziców, przyjaciół i znajomych, którym teraz ślicznie dziękujemy (Panu Młodemu z rodzicami również
), oraz dzięki gigantycznym, cudownym lustrom.
Nerwy zaczęły się 5 minut przed przyjazdem Pana Młodego i ustąpiły zaraz po jego przybyciu.
Reszta potoczyła się gładko. Kościół był śliczny, kazanie z pomysłem (dobrze jest mieć zaprzyjaźnionego księdza), tradycyjne krótkie odwiedziny w domu i sala bankietowa. Pierwszy taniec wyszedł oczywiście popisowo a dalej było już tylko lepiej…



































































Język – tak to właśnie jest to z czym będę kojarzyła Anię i Szymona. Na początku oczywiście robiliśmy zachowawczo zdjęcia jak patrzą sobie w oczy, przytulają się i nagle padło hasło ” zróbcie coś szalonego” i oboje na komendę wystawili języki. Rozbawiło nas to bardzo i od tego momentu sesja faktycznie stała się bardziej szalona. Młodzi nie oponowali, jak kazaliśmy im biegać na bosaka, ani jak zaprosiliśmy ich do jeziora, co więcej zaczęli przejawiać własną inicjatywę – ” to teraz Szymon mnie pochlap, a potem ja Ciebie wepchnę do wody”. Bardzo ich polubiliśmy, mamy nadzieję, ze z wzajemnością.










To dopiero jest potencjał!!! Takich oczu jakie ma Ala można szukać ze świecą. Wcale się nie dziwimy, że Łukasz tak się w nie zapatrzył.
Postanowiliśmy odkryć przed nimi sosnowiecki Kazimierz, którego nie znali, mimo, ze są sosnowiczanami. Jak zawsze spacerowaliśmy alejkami, odwiedziliśmy mostek i mini zoo, gdzie było bardzo swojsko zarówno pod względem wizualnym, jak i aromatycznym. Człowiek, od razu wspomina wakacje na wsi. Zwierzęta postanowiły nam towarzyszyć przez resztę spaceru. I mimo, ze okazywaliśmy im oczywista niechęć a nawet wrogość radośnie krążyły wokół nas. To jednak nie zacieśniło naszej znajomości. Nadal nie znoszę komarów. Blech…
Młodzi jednak w ogóle się niemi nie zrażali i pięknie pozowali.
Od komarów oganiali się:
Ala i Łukasz













